o odrabianiu lekcji

Armagedon, czyli o odrabianiu lekcji słów kilka…

Synuś eM uwielbia swoją szkołę – 5 minut po odebraniu go ze świetlicy już wspomina, że chciałby tam wrócić, w weekendy zaś rozpacza, że ma wolne i odlicza do poniedziałku. Jest tylko jeden mały problem…

Dzieć nienawidzi odrabiania lekcji, a i mnie samą doprowadza to na skraj załamania nerwowego…


Już rano umawiamy się, że po powrocie do domu jest czas na zabawę, potem ewentualnie jakaś przekąska, chwila odpoczynku i w końcu bierzemy się za odrabianie lekcji. Ale to tylko teoria, bo po etapie odpoczynku zaczyna się armagedon.

Jak dzieć za dużo gada to wystarczy zapiąć mu kaptur ;)
Jak dzieć za dużo gada to wystarczy zapiąć mu kaptur ;)

Mateusz siada do lekcji i uderza w ryk, bo „O” wyszło mu zbyt krzywo, szlaczek jest za trudny i on w ogóle go nie umie (nawet nie spróbuje), „E” jest zbyt przechylone w lewo i tak dalej, i tak dalej… Tłumaczę mu, że nie musi być perfekcyjny, że przecież dopiero zaczyna naukę kaligrafii… Nie dociera to do niego, a co więcej – zaczyna się rzucanie książkami, piórnikiem i plecakiem oraz okrzyki „jestem głupi, głupi, głupi!!!”. Tak więc uspokajam go dalej, przytulam i powtarzam, że jest mądrym i bystrym chłopcem, że jeśli tylko pozwoli sobie pokazać jak poprawić technikę pisania to od razu literki wyjdą mu lepiej. Wtedy jest jeszcze większa histeria, bo „przecież on się stara (tyle, że nawet nie machnie ołówkiem), a ja go nie doceniam… A poza tym zadanie jest trudne i rozwiązanie go zajmie mu całe popołudnie!” I znowu tłumaczę, proszę albo w desperacji próbuję go przekupić do siedzenia przy stole i zrobienia zadania domowego… Opór trwa dalej, więc po kolei zaczynam wynosić z pokoju kolejne zabawki dziecia grożąc, że jeśli zaraz nie usiądzie do stołu to jego ukochane Lego spalę w piecu. W tym momencie następuje zmiana frontu i dzieć przestaje ryczeć nad książką, za to zaczyna wyć o swoje ukochane zabawki. I tak mijają nam około 2 godziny…

W efekcie zadania są odrobione byle jak (ale są, więc już samo to cieszy po kilku godzinach walki), dzieć do wieczora jest obrażany na cały świat (i wreszcie nie słychać go na całym osiedlu), a ja jestem styrana gorzej niż po kilku godzinach na siłowni (i muszę ratować się czymś na uspokojenie skołatanych nerwów)… Jeśli tak mają wyglądać kolejne miesiące odrabiania lekcji to któregoś dnia nie wytrzymam i albo zamorduję dziecia, albo wykończę się nerwowo…

Może Wy macie dla nas jakieś rady w tej sytuacji? HELP!