Mój czas minął

Uwielbiam wracać do przeszłości. Godzinami mogłabym przeglądać stare albumy i pamiętniki, swoje pierwsze statusy na FB i zdjęcia na instagramie, archiwalne wpisy na blogu.

Ludzka pamięć jest zawodna i gdyby nie moje umiłowanie do archiwizacji wspomnień, to o wielu dobrych chwilach szybko bym zapomniała. Ot, chociażby o zabawnych dialogach z eM, poszczególnych osiągnięciach moje pierworodnego i przede wszystkim – o drobnych radościach dnia codziennego.

Jednak jest jeszcze ciemna strona zapisywania tego wszystkiego. Prędzej czy później pojawia się wszechogarniająca tęsknota – za ludźmi, za miejscami, a także za tym, kim byłam X lat temu.

tęsknota

Przygnębiające jest to, że ludzie czasem tak szybko znikają z naszego życia. Jednego dnia nawet nie potrafimy sobie wyobrazić, że mogłoby ich z nami nie być, a drugiego – tak po prostu ich nie ma. Telefon milczy, wiadomości pozostają bez odpowiedzi, nie doczekamy się ani jednego słowa wyjaśnienia. A przecież miało być inaczej, nawet przy pożegnaniu umówiliśmy się na kolejne spotkanie… Czasem też ludzie okazują się być zupełnie inni niż myśleliśmy. Można znać kogoś od lat i być pewnym, że to przyjaźń do końca życia, aż w jednej chwili dzieje się coś, co nieodwracalnie niszczy wzajemne zaufanie i już wiadomo, że to koniec. Bo nawet jeśli się wybaczy to i tak będzie się do końca pamiętać i nic już nie będzie takie samo jak wcześniej.

Mój czas minął

Oprócz ludzi brakuje mi również miejsc, z którymi wiązały się wspomnienia – i te dobre, i te złe. Warszawa jest dla mnie obca i chociaż wiem, że w końcu uda mi się ją oswoić, to jednak wciąż będę tęsknić za Toruniem. Za słońcem zachodzącym za pobliskim lasem (ten widok zawsze skłaniał mnie do refleksji). Za łąkami, na których razem z eM zbierałam kwiaty delektując się uczuciem małej dłoni ściskającej moją dłoń. Aż wreszcie za moim miejscem, w którym co prawda wylałam hektolitry łez, ale też zawsze znajdowałam w końcu pocieszenie. Tylko tam mogłam być w 100% sobą i nie musiałam spełniać niczyich oczekiwań…

Tęsknie też za sobą sprzed 10 lat, kiedy to beztrosko i z uśmiechem na ustach planowałam swoje dorosłe życie. Kiedy zastanawiałam się, co wyrośnie z mojego dziecka i byłam święcie przekonana, że lada moment poukładam sobie życie na nowo. Osiemnastoletniej mnie wydawało się, że spełnienie wszystkich moich marzeń to kwestia maksymalnie 12 lat. Jako trzydziestolatka miałam być ustatkowaną żoną i matką trójki dzieci, w dodatku realizującą się zawodowo. Tymczasem przez ostatnie lata życie tak skopało mi tyłek, że za sukces uważam zwleczenie się rano z łóżka i dotrwanie do wieczora. Być może nauczyło mnie to cierpliwości i pokory, ale czasem mam wrażenie, że przez to wszystko motywem przewodnim mojego życia stała się bylejakość. Gdzieś zniknęły moje ambicje i przekonanie, że mogę wszystko. Teraz ogranicza mnie zbyt wiele rzeczy, aby móc postawić na siebie i realizować się we wszystkich aspektach życia.

Czasem mam wrażenie, że mój czas minął. Nie pójdę na studia, bo na liście wydatków już zawsze znajdzie się wiele ważniejszych pozycji, nie jestem też w 100% pewna tego, co chciałabym robić w życiu. Świadomie nie zdecyduję się na drugie dziecko, bo po pierwsze nie chcę być matką dwójki jedynaków, a po drugie – kiedy będę mogła sobie na to pozwolić, to będę już grubo po trzydziestce. Nie znajdę również pracy, która będzie moją pasją, bo mam 28 lat i wciąż nie wiem, w czym jestem dobra. Niby drobiazgi, ale po złożeniu ich do kupy wychodzi mało idealny obrazek, prawda?

P.S. Nie wiem czy działa nam mnie tak pogoda (od tygodnia jest deszczowo i ponuro), brak urlopu (przez ostatni rok pracowałam często nawet po 18 h na dobę, a poza tym strasznie brakuje mi ukochanego szumu fal i wieczornych posiadówek na plaży), czy może przeżywam kryzys wieku średniego (w końcu mam w domu nastolatka, heloł!)…? W każdym bądź razie ostatnio jest mi ze sobą bardzo źle…