Mistrz planowania to ja!

Często mówię o sobie, że jestem mistrzem planowania i że nic w życiu nie jest w stanie mnie zaskoczyć na tyle, aby pokrzyżować moje plany. Przy okazji jednak świetnie zdaję sobie sprawę z tego, że zdarza mi się przesadzać i moje zapędy zmierzają w nie tę stronę, w którą powinny.

Czy jestem pesymistką?

W kwestii planowania bliższy jest mi chyba jednak katastrofizm. Jeśli jadę gdzieś z trzema przesiadkami to nigdy nie zakładam, że spóźni mi się jeden autobus, nie. Ja jestem święcie przekonana, że spóźnią się wszystkie, a tym samym dotrę do celu tydzień później niż powinnam.

autobus

Jeśli widzę samochód z kołem zapasowym to wcale nie gratuluję kierowcy zapobiegliwości. Raczej rozkminiam co on biedny zrobi, jeśli nagle odpadną mu wszystkie cztery koła i w myślach obiecuję sobie, że ja zawsze będę miała na zapas cały komplet.

Jeśli wyjeżdżam gdzieś na kilka dni to wydrukowane bilety elektroniczne na pociąg czy też autokar mam zawsze poupychane po wszystkich możliwych kieszeniach. Wiecie – dwie sztuki w walizce, jeden bilet w kieszeni walizki, kolejny w torebce, następny w kieszeni torebki, jeszcze jeden w kieszeni spodni, po jednym w każdej kieszeni kurtki i na wszelki wypadek ze dwie sztuki w bucie… Aaaa, no i koniecznie kopia biletu na skrzynce mailowej… przesłana również na moje dwie kolejne skrzynki zsynchronizowane z telefonem.

Fantazja, fantazja, bo fantazja jest od tego…

Obwiniam o to wszystko moją bujną wyobraźnię, która wciąż podsuwa mi wręcz nieprawdopodobne scenariusze wydarzeń, w których wali się wszystko, co możliwe… Albo i jeszcze więcej… I to do potęgi entej.

Dlatego też zawsze jestem gotowa na wszystko i zawartość mojej torebki nie powinna nikogo dziwić. Pewnie gdybym mogła to nosiłabym w niej również wyżej wspomniane koło zapasowe do samochodu, ale niestety – ograniczają mnie jej wymiary :(

Swoją drogą do dziś pamiętam kumpla żartującego w pracy, że przydałby się młotek i jego minę, kiedy wyciągnęłam ów młotek ze swojej torebki… Mogłabym to porównać tylko do miny koleżanki, kiedy z kieszeni spodni wyjęłam pełnowymiarowy parasol (i dlatego czasem brakuje mi mody na bojówki z niezliczoną ilością kieszeni…).

Mistrz planowania to ja

Wszystkie ważne wydarzenia, wizyty u lekarzy i wyjazdy wpisuję sobie do dwóch kalendarzy (jeden to kalendarz Google, a drugi – papierowy. Te dwa kalendarze są po to, aby zawsze móc któryś z nich uzupełnić bez względu na to czy jest online, czy offline. Co ważne – zapisuję w nich tylko wyjazdy, umówione spotkania i wydarzenia, w których biorę udział, bo…

…całą resztą zarządzam przy pomocy Asany. Codziennie dopisuję tam wszystkie zadania do wykonania (nawet zrobienie prania, odrobienie lekcji z eM czy też ogarnięcie zakupów spożywczych) oraz nowe pomysły na to, jak jeszcze bardziej poukładać swoje życie.

jestem najlepsza

Wiadomo również, że kocham Excela i to do tego stopnia, że od siedmiu lat zapisuję w specjalnym arkuszu wszystkie rachunki (nie mylić z paragonami), terminy płatności i terminy wykonania przelewów, a od ośmiu – swój cykl menstruacyjny. Po co mam się sama bawić w liczenie średniej skoro mogą to za mnie zrobić formuły? Oczywiście mam w telefonie zainstalowaną aplikację, ale co jeśli urządzenie mi padnie, a ja nie będę miała aktualnej kopii zapasowej?!

Jeśli jadę gdzieś po raz pierwszy to ZAWSZE kilkukrotnie sprawdzam sobie trasy przejazdu, a do torebki pakuję mapę w wersji papierowej albo przynajmniej wydruk z Google Maps (na wypadek, gdyby nie było zasięgu albo gdyby nastała apokalipsa i przestałyby działać wszystkie urządzenia elektroniczne).

Poza tym jestem też przewrażliwiona na punkcie komunikacji miejskiej i po pierwsze – zawsze mam przy sobie zwykłe bilety (nie ufam elektronicznym), a po drugie, tak jak już pisałam wcześniej – za każdym razem biorę poprawkę na to, że gdzieś mogą być korki albo że autobus lub tramwaj, na który czekam, może zaginąć w czasoprzestrzeni. Jeśli więc mam być gdzieś na godzinę 10, to zawsze wybieram taki pojazd z rozkładu, żeby u celu być minimum pół godziny przed czasem i… i tak idę na wcześniejszy. Na wypadek, gdyby tamten nie przyjechał.

Niech żyje wolność, wolność i swoboda!

Są takie dni, kiedy moje zamiłowanie do planowania daje mi wyjątkowo w kość i mam wówczas ochotę rzucić wszystko i… może nie tyle jechać w Bieszczady (bo wiem, że taki wyjazd musiałabym jednak zaplanować od A do Z), co po prostu zrobić coś spontanicznego. Może wsiąść do pociągu bez tych wszystkich poupychanych po kieszeniach biletów? Albo dodatkowo zaszaleć i kupić ten bilet w aplikacji, a nie w kasie?

I kiedy już zdecyduję się na ten nagły przebłysk spontaniczności to wtedy w połowie kupowania biletu padnie mi Internet w telefonie. Potem okaże się, że kasa z konta została pobrana, ale mój bilet zaginął w akcji i nie jestem w stanie go odzyskać, bo nie mam w ogóle zasięgu. A żeby było ciekawiej to jedyna kasa na dworcu będzie tego dnia wyjątkowo zamknięta, ja na skutek błędu systemu bankowości będę miała zablokowane konto, a 30 km przed moją stacją pociąg stanie w szczerym polu i utknie tam na dwanaście godzin.

Skąd to wiem? Bo ZAWSZE tak się dzieje, kiedy postanawiam zmienić swoje życie i odpuścić całe to planowanie…