bunt nastolatka

Wojna na froncie domowym, czyli bunt nastolatka

Kiedy miał urodzić się eM, byłam świadoma, że macierzyństwo nie będzie łatwe. Wiecznie płaczące niemowlę, tysiące nieprzespanych nocy, miliony zmienianych pieluch, choroby, pobyty w szpitalach… Na szczęście to wszystko już za nami i w końcu zaczęłam cieszyć się wygodą, jaką jest bycie mamą starszego dziecka.

Dobrze pamiętam słynny bunt 2-latka, który wielokrotnie sprawiał, że miałam ochotę wyjść z siebie i nie wrócić. Bunt dwulatka, który trwał w naszym przypadku 8 lat i byłam święcie przekonana, że potrwa co najmniej do 18. urodzin eM.

Stało się jednak coś gorszego – dopadł nas bunt nastolatka!

I o ile byłam przekonana, że teraz to już będzie z górki, o tyle zmieniłam zdanie i mam wrażenie, że wspinam się jednak na Mont Everest matczynej cierpliwości. I to w 15-centymetrowych szpilkach, bez jakichkolwiek zabezpieczeń.

Moje niespełna 11-letnie dziecko nagle przestało ze mną rozmawiać. Ja o coś pytam, a eM w odpowiedzi wywołuje III wojnę światową. Ja go o coś proszę, a on nie tyle odmawia, co raczej wypuszcza w moją stronę setki słownych bomb atomowych. Ja zwrócę mu uwagę, a on wyciąga z kieszeni kałacha i zaczyna strzelać swoimi argumentami wziętymi z… czapy (w sensie, że ja mu powiem, że powinien iść pod prysznic, a on na to, że w prehistorii ludzie się nie myli i nic im nie było). Na jedno moje słowo w odpowiedzi słyszę pięćdziesiąt, przy czym połowa z nich dotyczy praw dziecka, a druga połowa to „nie mów mi, co mam robić” w połączeniu z „nikogo nie obchodzi to, co ja chcę”. O ile wcześniej życie z eM przypominało front domowy, o tyle teraz przypomina igrzyska śmierci, przy czym to w jego rękach jest cała broń i amunicja, a ja stoję sobie bezbronna na samym środku i macham białą flagą…

Nie pomagają ani prośby, ani groźby. Nie działa ani spokojna rozmowa, ani podniesiony ton. Mój nastolatek ma swój świat, a ja wciąż szukam do niego klucza.

bunt nastolatka

Przykład „rozmowy” z wczoraj:

– Mati, chciałam kupić ci kilka koszulek. Zerknij, czy ci się podobają.

– Tych nie chcę, bo są w paski.

– Ok, to wyrzucam je z koszyka. W zamian weźmiemy jakieś inne.

– NIEEEEEEEEEEEEEEEEEE!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

– Powyrastałeś ze starych. Coś musimy jeszcze dokupić.

– NIEEEEEEEEEEEEE! Nie zgadzam się! Nie będę ich nosił! Nie chcę!

– Ok, to biorę tylko te dwie.

– Nikt mnie w tym domu nie słucha! Nie chcę więcej koszulek! Nie zgadzam się! Nic mi nie kupuj! Ja nic od ciebie nie chcę! Dwie koszulki wystarczą! Nie chcę nic więcej! Nie! Mam prawo do własnych decyzji! Żadnych koszulek! Dwie wystarczą! Nie kupuj więcej! – i tak przez kolejne 20 minut.

front domowy

Kiedy już się uspokoił próbowałam porozmawiać z nim o tej sytuacji. W (dużym) skrócie wyglądało to tak:

– Synku, dlaczego krzyczysz? Jesteś mądrym chłopcem i wiem, że da się z tobą normalnie porozmawiać.

– Bo ty na mnie krzyczysz.

– A kiedy na ciebie krzyczę?

– Jak cię nie słucham.

– No właśnie. Czasem muszę podnieść głos, żeby w ogóle do ciebie dotarło, że proszę abyś się uspokoił i na spokojnie ze mną porozmawiał. Rozmową możesz załatwić wszystko, a dzikim wrzaskiem – nic. Rozumiesz już dlaczego nie wolno krzyczeć?

– Nie. Bo przecież od rozmowy uszy też się psują.

bunt nastolatka

Lata temu pogodziłam się z myślą, że nie jestem matką idealną, ale teraz coraz częściej zaczynam się zastanawiać czy ja w ogóle nadaję się na matkę. Wiecie, teraz są awantury o koszulkę, a co będzie za rok lub dwa? Albo osiwieję do reszty, albo wyląduję w pokoju bez klamek…

Kocham mojego syna, ale chwilami zaczynam rozumieć ludzi, którzy zamykają swoje dzieci w piwnicy… Albo zwierzęta, które zjadają swoje młode :P

RATUNKU!!!

  • Jakoś musicie to przetrwać. Powodzenia :)