Osoby z tendencją do tycia mają przerąbane

W swoim życiu wielokrotnie podejmowałam walkę ze zbędnymi kilogramami i efekty tych działań bywały różne. Dziś również staram się zmotywować do zmian, ale bywa ciężko – moim największym problemem jest brak czasu na aktywność fizyczną i brak regularnych posiłków (zdarza mi się jeść śniadanie o godzinie 18, a potem w ciągu trzech godzin nadrobić jeszcze drugie śniadanie, obiad, podwieczorek i kolację).

O ile pogodziłam się z myślą, że nigdy nie osiągnę wagi piórkowej, o tyle wciąż podejmuję kolejne próby walki ze swoimi słabościami i po dłuższej refleksji wiem jedno – osoby z tendencją do tycia mają przerąbane. Zwłaszcza jeśli w parze z nadwagą idą ograniczone finanse…

finanse

Kosztuje wszystko – wizyty u dietetyka, karnet na siłownię, zdrowe jedzenie. Pewnie, że da się schudnąć bez całej tej otoczki, ale jest to o wiele trudniejsze. Bo o ile teoretycznie można się wszystkiego nauczyć z internetu, o tyle te nauki czasem mogą nam zaszkodzić (pamiętajcie, że niektórzy wciąż wierzą w to, że ziemia jest płaska).

Dietetyk

Dostanie się do dietetyka w ramach NFZ nie jest wcale takie proste… Po pierwsze – większość ośrodków nie posiada kontraktu, a po drugie – lekarze rodzinni wydają skierowania wyłącznie osobom, które koniecznie wymagają pomocy – cukrzykom, osobom bardzo otyłym, z zaburzeniami odżywiania.

Ja sama nie dostałam skierowania ważąc 80 kg przy wzroście 163 cm i jedyne na co było lekarza stać to stwierdzenie, że “powinnam się więcej ruszać i unikać tłustych potraw”. Takiej pomocy mi było trzeba, rzeczywiście!

Aktywność fizyczna

Chciałabym się ruszać, ale dobrze wiem, że na obecnym etapie życia znalazłabym na to czas 2-3 razy w tygodniu. Jeszcze mieszkając w Toruniu szukałam miejsca, gdzie mogłabym pojawiać się te 8-10 razy w miesiącu i chodzić np. tylko na cardio i siłownię. Niestety, wszędzie oferowano mi karnety open, które kosztowały od 150 do 200 zł lub karnety tańsze, ale do wykorzystania wyłącznie w godzinach, w których ja byłam w pracy. Czy 200 zł to dużo, czy mało? Był czas, że po opłaceniu rachunków na życie zostawało mi kilkaset złotych i musiałam za to utrzymać trzy osoby, więc takie kwoty do dzisiaj robią na mnie wrażenie. Zwłaszcza, że czuję się lekko pokrzywdzona tym, że każą mi płacić tyle samo, co ludziom ćwiczący 7 dni w tygodniu i chodzącym w dodatku na zajęcia grupowe…

Poza siłownią miałam do wyboru jeszcze cztery opcje – jogging, basen, ćwiczenia w domu oraz na siłowni na świeżym powietrzu.

W moim przypadku jogging odpada ze względu na kłopoty ze stawami i odnawiające się kontuzje. Na basenie jest problem z chlorowaną wodą i pojawiającą się na moim ciele wysypką. Siłownia na świeżym powietrzu była ok tylko w pewnym przedziale temperatur (do dziś wspominam pewien jesienny dzień i przeraźliwe zimno od metalowych elementów) i przy całkowitym braku opadów… A ćwiczenia w domu? Nie nadaję się do nich tak jak i do pracy zdalnej, ale jak trzeba to zaciskam zęby… Tyle, że znowu mam z czymś pod górkę, prawda?

Zdrowe jedzenie

Nikt mi nie wmówi, że mogę jeść zdrowo i płacić za to tyle samo, co za shitowe żarcie. No way. Przykładowo – za zwykły chleb pszenny płacę 1,60 zł, a za pełnoziarnisty (który jest mniejszy) – około 3 zł. Nie mówiąc już o tym wszystkim co jest bio, eko i gluten free…

Poza tym jeśli ktoś tak jak ja nie potrafi gotować i nie ma czasu na regularne posiłki to najprawdopodobniej sięgnie po żywność wysokoprzetworzoną i gotowce. To działa na zasadzie: “nie stać mnie na catering dietetyczny, więc żywię się w pracy drożdżówkami, zupkami chińskimi i fast foodami, a dietę pudełkową ograniczam do zamawiania pizzy dwa razy w tygodniu”.

Albo taki mały niuans z kina – poszłam dwa lata temu z eM i moje dziecko zamiast zestawu z colą zażyczyło sobie popcorn z wodą niegazowaną. Wiecie, że zapłaciłam dwa złote drożej? Wiem, że to tylko 2 zł, ale do dziś zastanawiam się dlaczego woda okazała się droższa od słodkiego napoju gazowanego?

siłownia

Nie chcę, żebyście traktowali ten tekst jako moją wymówkę. Bo to nie jest tak, że jestem ludzikiem Michelin dlatego, że świat jest zły i niedobry, a życie zamiast cytryn podsuwa mi tylko frytki i czekoladę.

Znam masę pozytywnych osób, które zaciskają zęby i zrzucają kolejne kilogramy. Ja sama schudłam kiedyś prawie 20 kg nie będąc pod opieką dietetyka ani trenera personalnego (inna sprawa, że w ciągu kilku lat nadrobiłam to nawet z nawiązką). Prawda jest taka, że robienie wszystkiego na własną rękę wymaga od nas jeszcze więcej motywacji, a tym samym jest dużo trudniejsze do zrealizowania…

P.S. Jak wygram kiedyś w totolotka to opłacę sobie dożywotnio dietę pudełkową i urządzę w domu prywatną siłownię, a co!