błękitny zamek

Mój błękitny zamek

Czytaliście kiedyś “Błękitny zamek” Lucy Maud Montgomery? Rok temu opublikowałam wpis o moich ulubionych książkach i pokrótce wytłumaczyłam tam, czemu tak często wracam do tej powieści…

“Ja sama od zawsze mam swój wymarzony błękitny zamek, w którym życie toczy się tak, jak chcę. Uwielbiam wieczorami marzyć, że jestem kimś zupełnie innym, że mogę spełniać swoje najdziwniejsze marzenia – to jak gra w “The Sims”, tyle że samym sobą i we własnej wyobraźni, a nie na komputerze :) Poza tym poniższe słowa Ewangelii wg św. Mateusza, dzięki tej książce zyskały dla mnie zupełnie inne znaczenie”: “Każdemu bowiem, kto ma, będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie. Temu zaś, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma” – w oryginale chodzi o talenty, ale w realnym życiu bywa podobnie – czy to z pieniędzmi, czy z powodami do radości, czyż nie?”

Dziś chcę podzielić się z Wami swoim sekretem i opowiedzieć coś więcej na temat błękitnego zamku, o którym marzę…

błękitny zamek

Nie dla mnie są nowoczesne apartamentowce ani podmiejskie wille z basenem. Spełnieniem moich marzeń jest mały domek na wsi, najlepiej położony gdzieś na skraju lasu… albo nad jeziorem. Trzy pokoje, kuchnia, łazienka i spiżarnia na domowe przetwory (w wyobraźni potrafię gotować :) )… Dookoła domu sad owocowy, mnóstwo krzewów czerwonej porzeczki, która błyszczy w słońcu niczym czerwone koraliki… W powietrzu unosi się zapach kwiatów, które porastają wszystkie kąty, a między nimi – grządki z własnymi warzywami (które same potrafią się wypielić – przecież w marzeniach nie można zajmować się czymś tak prozaicznym!).

Nie brakuje też własnych zwierząt – domu pilnuje czujne psisko, a koty bacznie obserwują codzienność wylegując się na parapecie… W kurniku kilka kurek, a na łące tuż obok kucyka pasie się koza…

Rozmowa z koleżanką:

– (…) ciemnego chleba nie kupuję właśnie dlatego, że poza mną nikt go w domu nie je… A wyrzucać szkoda…
– Kasia, ty to na serio musisz sobie znaleźć faceta!
– Wiesz, ale ja myślałam raczej o kozie…

I tylko gdzieś tam z tyłu głowy tli się myśl, że szczęściem w nieszczęściu jest to, że nie wszystkie marzenia mogą się spełnić. Bo wiejski domek w moim śnie jest sielski-anielski, a w realu… nie wiem czy i ile wytrzymałabym na takim zadupiu (teraz mieszkam na obrzeżach miasta i uważam, że życie jest niesprawiedliwe, bo wszędzie mam daleko)… Dodatkowo obarczona nadmiarem obowiązków związanych z dbaniem o dom i jego otoczenie…

Cytując eM:

– Mamo, Ty mnie urodziłaś chyba tylko po to, aby się mną wyręczać, leniuchu! A lenistwo jest dziedziczne!

Pozostaje mi więc czytanie bloga Matka jest tylko jedna, wzdychanie z zazdrości i… równoczesne pukanie się w głowę, bo do życia na wsi to ja na pewno nie jestem przystosowana i mentalnie nie potrafiłabym sobie z tym poradzić…