szczyt

Zdobywanie gór jest tworzeniem siebie

Komentarz do tego, co zdarzyło się na Nanga Parbat wygłosili już chyba wszyscy – media, blogerzy, celebryci, sportowcy, a nawet pan Mietek spod budki z piwem. Jedni byli zachwyceni heroizmem Tomasza i Elisabeth, a inni pukali się w czoło zastanawiając się po co im to było.

Ja sama właściwie do dziś jestem wewnętrznie rozdarta i nie wiem co o tym wszystkim myśleć. Miłość do gór i wspinaczki jest mi totalnie obca, więc wiedziałam, że wszelkie próby zrozumienia himalaistów nie mają najmniejszego sensu. Z drugiej strony – daleko było mi do traktowania ich jako potencjalnych samobójców.

Himalaiści nie idą w góry po to, aby spróbować zdobyć szczyt. Nie. Oni to robią po to, aby na ten szczyt wejść.

Tomek i Eli robili wszystko, aby spełnić swoje marzenia i zrealizować wyznaczone sobie cele. Mieli odwagę, aby zawalczyć o swoje szczęście i zrobili właśnie to – stoczyli walkę z górą, z niesprzyjającymi warunkami pogodowymi, a przede wszystkim – z samymi sobą i swoimi słabościami. Bo właśnie zdobywanie gór jest tworzeniem siebie i przekraczaniem własnych barier.

Dla mnie to bardzo ważna lekcja życia i wiecie co? Chyba jednak wolałabym żyć krótko spełniając swoje marzenia niż wegetować do późnej starości. Możecie nazwać to egoizmem, ale jeśli my sami nie będziemy walczyć o swoje szczęście to nikt inny tego za nas nie zrobi…

Zdobywanie gór jest tworzeniem siebie

Nie ma uniwersalnego przepisu na szczęście.

Jedni z nas są szczęśliwi poświęcając się w 100% rodzinnie, a inni – pracy. Jedni w wolnym czasie marzą o podróżach, a drudzy godzinami mogliby oglądać seriale. Jedni nie mogą żyć bez nurkowania, a inni – bez wspinaczki. Każdy z nas jest inny, a co za tym idzie – ma inne marzenia, plany, ambicje. Nie ma jednej definicji szczęścia, bo dla każdego z nas bycie szczęśliwym oznacza coś innego.

Ryzyko, uzależnienie, szaleństwo

Nie jestem miłośniczką prędkości, wiatru we włosach czy też adrenaliny w ogóle. Nikt nie jest w stanie zmusić mnie ani do wejścia na roller coaster, ani na drabinę. Ba, ja nawet nie przejdę na czerwonym świetle ani nie odważę się na jazdę bez biletu, bo dla mnie to już jest zbyt wielkie ryzyko i zbyt wiele niepotrzebnego stresu.

Mogłabym teraz powiedzieć, że Tomek i Eli wykazali się szaleństwem, ponieważ wspinaczka na Nanga Parbat jest jednak czymś niebezpiecznym. Ale czy mam do tego prawo?

Kilka lat temu okulistka powiedziała mi, że z moimi problemami ze wzrokiem niekoniecznie powinnam pracować przy komputerze. A co ja na to? Nic. Dalej pracuję przy monitorze i dalej spędzam tak większość wolnego czasu. Nie potrafię zrezygnować z czegoś, co sprawia mi przyjemność, chociaż doskonale wiem jakie niesie to za sobą ryzyko. Dlaczego więc miałabym krytykować innych ludzi? Czy nie byłaby to hipokryzja?

Bo to, co najważniejsze

Osądy osądami, krytyka krytyką… Najgorsze jest jednak to, że w swoich zapędach sporo ludzi zapomina o czymś tak prozaicznym jak szacunek do drugiej osoby.. Jest spora różnica między krytyką, a hejtem, a jednak nie wszyscy są w stanie to ogarnąć. W sieci codziennie pojawiają się komentarze przepełnione jadem i nienawiścią, które nie dość, że do dyskusji nie wnoszą nic merytorycznego, to jeszcze sprawiają innym ból. I chyba właśnie ta świadomość, że człowiek człowiekowi wilkiem jest w tym wszystkim najgorsza…