offline

Przejście w tryb offline

W lipcu miałam dwa tygodnie urlopu. Dwa tygodnie, które z założenia miałam przeznaczyć na odpoczynek i naładowanie akumulatorów.

Prawda jest jednak taka, że tegoroczny urlop całkowicie mnie odmienił.

Miesiąc temu nie potrafiłabym być bardziej offline niż online. Dzisiaj zdarza mi się przez cały dzień nie zajrzeć na FB i zdać sobie z tego sprawę dopiero późnym wieczorem.

Jeszcze niedawno zaczynałam dzień od włączenia komputera i sprawdzenia swoich wszystkich skrzynek pocztowych, facebooka i instagrama, a dziś – przypominam sobie o tym raz na kilka dni i ze zdziwieniem odkrywam, że… w sumie to nic ważnego mnie nie ominęło. Świat się nie zawalił, nikt nie płacze rzewnymi łzami, że nie odpisałam mu na maila, a blog dalej funkcjonuje (chociaż podobno z tym bywa różnie).

I wiecie co jest w tym wszystkim najfajniejsze?

To, że nic nie muszę. Jestem offline, bo tego chcę. Jak już korzystam z netu to na swoich zasadach, a nie dlatego, że odbywam misję ratowania świata i wszyscy czegoś ode mnie oczekują.

I właśnie dlatego nie wyobrażam sobie, że blogowanie miałoby któregoś dnia stać się moją pracą na pełen etat. Zresztą taką decyzję całkiem świadomie podjęłam kilka lat temu i do dzisiaj uważam, że to najlepsze, co mogłam zrobić. Raz, że ja kompletnie nie nadaję się do pracy w domu, a dwa – na blogu chcę tylko “chcieć”, a nie “musieć” – if you know what I mean.

A jeśli macie do mnie jakieś pytania to pamiętajcie, że zawsze możecie anonimowo zadawać je przez specjalny formularz do Q&A :)

Przeczytaj również: