kontuzja

Historia lubi się powtarzać, czyli kolejna kontuzja

Pamiętacie wpis z września 2016 o tym jak zepsułam sobie nogę upadając przy wyjściu z pracy? Powiem Wam tak – historia lubi się powtarzać – mamy grudzień 2018, a ja… znowu uległam wypadkowi. Ba, nawet noga ta sama, tyle że ostatnio uszkodziłam sobie staw skokowy, a teraz – dopadła mnie kontuzja kolana…

Retrospekcja 2016

—> Wypadek i wrażenia z wizyty na SORze

—> Miesiąc od wypadku, a diagnozy dalej brak…

Wówczas skończyło się na prywatnej wizycie o ortopedy (który okazał się człowiekiem i na następną wizytę przyjął mnie już na NFZ w przeciągu kilku dni) i diagnozie postawionej ponad 2 miesiące po kontuzji – równoczesne złamanie ze skręceniem stawu skokowego. Dodam, że na leczenie było już za późno.

Grudzień 2018

W tym roku pokonała mnie zima, a konkretniej – oblodzony chodnik. Żeby było ciekawiej, temperatura tego ranka utrzymywała się na poziomie +6 stopni, więc nie chu chu nie spodziewałam się lodowiska. A mimo to zaliczyłam bolesny upadek, po którym sama się już nie podniosłam (sprawdzając przy okazji czy moi współpracownicy pamiętają zasady udzielania pierwszej pomocy).

Tym razem do szpitala zabrała mnie karetka, więc spodziewałam się, że max po kilku godzinach wrócę do domu. Dodam, że tego dnia mój narzeczony wyjechał w dwudniową delegację, ot taka ironia losu (swoją drogą to już tradycja – co delegacja, to ja akurat zwiedzam stołeczne szpitale).

Karetka i szpital – czekając na pomoc

Jeszcze w karetce założono mi metalową szynę oraz podano morfinę – jak to z uśmiechem skwitował pan ratownik: „Jedni zaczynają dzień od kawy, a pani – od morfiny”. Wtedy byłam jeszcze dobrej myśli…

Około 10:20 trafiłam do szpitala i na podstawie wstępnej segregacji uznano tam, że jestem pacjentem czerwonym, czyli takim, który ma zostać przyjęty w trybie natychmiastowym ze względu na ciężki stan zdrowia. Tak więc położyli mnie na szpitalnej leżance, z której po 2 h przesadzono mnie na wózek transportowy (co jest ważne ze względu na dalsze wydarzenia) i… tak sobie czekałam tam prawie 5 h. Dlaczego? Ano dlatego, że nie było sanitariusza, który mógłby mnie zawieźć na RTG (a ja byłam w szpitalu sama – M. był przecież w delegacji poza Warszawą).

Następnie z sanitariuszką u boku czekałam  kolejną godzinę na zrobienie zdjęcia, bo akurat pierwszeństwo mieli ludzie masowo zjeżdżający z sal operacyjnych na oddziale ortopedii. No ale trudno… Byłam cierpliwa.

Prosto ze zdjęcia trafiłam do poczekalni u dyżurującego ortopedy. Sanitariuszka powiedziała, że tutaj mnie zostawi, bo do gabinetu pomoże mi wjechać lekarz. Wspomniała też, że pacjentów wywołują po nazwisku, więc nie ma sensu pytać o to, kto jest ostatni. No to czekałam… Tyle, że w pewnym momencie lekarz zaczął po prostu wołać przez uchylone drzwi: „Następny, proszę!”, a ja ani nie wiedziałam kiedy moja kolej, ani nie byłam w stanie wjechać do gabinetu (wózek transportowy ma tylko małe kółka, którymi sama nie mogłam kręcić, aby się poruszać – musi go ktoś pchać). O ile z kolejnością ostatecznie nie było problemu, bo ludzie sami nad tym panowali, o tyle kłopotem stało się wejście do gabinetu. W końcu zlitowała się nade mną żona jednego z pacjentów i to ona wprowadziła mój wózek do gabinetu, bo lekarz nie przejął się tym, że nie jestem mobilna.

Pierwsza diagnoza

Lekarz po dość bolesnym badaniu stwierdził, że mam albo wodę w kolanie, albo krew w kolanie, albo złamaną kość. Pamiętam, że pomyślałam sobie wówczas, że czeka mnie powtórka z rozrywki i znowu będę czekać miesiącami na diagnozę…

Czemu ciężko było mu stwierdzić co mi jest? Bo do zdjęcia RTG nie zdjęto mi metalowej szyny i jej fragment akurat zasłaniał kość, co do której były wątpliwości czy jest cała. Lekarz zapytał więc czy wyrażam zgodę na przeprowadzenie bolesnej punkcji, bo może uda się ściągnąć płyn i wtedy poczuję ulgę… Z przerażeniem zgodziłam się i przez dobre kilka minut umierałam z bólu, ale okazało się, że cierpiałam na marne – płynu nie było.

Dostałam więc skierowanie na tomografię i bez spodni wywieziono mnie na korytarz dając mi raptem dwa skrawki podkładów higienicznych, aby się zakryć. Czemu? Bo lekarz nie pozwolił mi przed badaniem się ubrać stwierdzając, że przed badaniem to i tak nie ma sensu no i nie zgodził się mi w tym pomóc (a ja sama nie dałabym sobie rady).

Po tomografii usłyszałam, że na wyniki mam poczekać jeszcze tylko 3 h (a była godzina 18:00)… Czyli po 8 h w szpitalu dalej nie wiedziałam co mi jest, a w dodatku straciłam w tym momencie resztki cierpliwości i własnej godności. Bo oczywiście sanitariuszka znowu mnie zostawiła, a ja nie byłam w stanie sama ruszyć się nawet do toalety… Czy wspominałam już, że miałam akurat okres? :P

O 18:30 lekarz wyszedł z gabinetu i powiedział mi, że został pilnie wezwany na oddział, a potem czeka go obchód do godz. 20:30. Z ulgą myślałam więc, że o 21 dowiem się w końcu co i jak… O ja głupia i naiwna!

Drugie podejście do postawienia diagnozy

Lekarz wrócił z obchodu o 21:20 informując, że teraz nie obowiązuje kolejność przybycia pod gabinet (byłam 3. w kolejce), a jego własne uznanie. Wywołując po nazwisku przyjął więc najpierw jedną osobę ze złamaniem biodra… Potem drugą ze złamaniem nogi… Po czym stwierdził, że jednak najpierw idą łóżka, a potem wózki inwalidzkie. Łóżka były 2, wózki – 4. Po chwili dołączyło do niego trzech innych lekarzy w pozostałych gabinetach i… każdy z nich rzucał już tylko hasłem: „Zapraszam następną osobę!”.

Domyślacie się, co wtedy się zadziało? W stronę gabinetów pognało kilkanaście najbardziej sprawnych osób z urazami pozwalającymi na samodzielne poruszanie się, a łóżka i wózki zostały, bo nawet osoby towarzyszące pacjentom i kierujące ich „pojazdami” nie były w stanie się przepchać przez ten dziki tłum. Gdyby nie to, że właśnie spędzałam w szpitalu dwunastą godzinę to pewnie bym się popłakała z bezsilności, ale nawet na to nie miałam już siły. Zastanawiałam się już tylko nad tym po ilu dniach znaleziono by moje zwłoki, gdybym umarła na tym wózku…

I wówczas stał się cud – któryś z lekarzy wywołał moje nazwisko, a ktoś z tłumu bezinteresownie zawiózł mnie do gabinetu.

Operacja

Lekarz najpierw próbował mi wmówić, że to tylko lekkie stłuczenie, ale nie dawałam za wygraną. W końcu łaskawie zerknął na tomografię, podszedł do mnie raz jeszcze, pomacał nogę i wrócił do biurka… Minęła minuta w ciszy, dwie, pięć…

– Przepraszam, czy ja mogę się już ubrać?
– Nie.
– A czy chociaż wiadomo już jaka jest diagnoza?
– Tak. Będzie operacja. A teraz muszę panią przeprosić.

I wyszedł z gabinetu na dobre 10 minut, a ja totalnie się rozkleiłam… Byłam głodna, spragniona (nie jadłam i nie piłam, aby nie musieć korzystać z toalety, bo przecież sama nie byłam w stanie tam dotrzeć), zmęczona, obolała i właśnie poinformowano mnie, że czeka mnie operacja, a w domu czekał na mnie przecież 12-letni syn. Nawet nie wiedziałam czy zostawią mnie teraz na oddziale, czy pozwolą na noc wrócić do domu.

Kiedy lekarz wrócił wyjaśnił mi, że po raz kolejny mam podwójną kontuzję. Upadając zwichnęłam sobie rzepkę, która wyskakując ze swojego miejsca złamała mi kość podudzia, a następnie wróciła na swoje miejsce. Złamanie to byłby pikuś, ale ze względu na charakter urazu powinnam wykonać jeszcze rezonans (a na ostrym dyżurze nie wydają skierowań na to badanie, więc sama miałam sobie umówić ortopedę) i następnie wrócić na SOR ustalić szczegóły operacji kolana. Lekarz dodał, że na NFZ ogarnięcie tego wszystkiego zajmie mi co najmniej 1,5 roku, a operację powinnam mieć zrobioną w ciągu dwóch tygodni, bo istnieje ryzyko, że rzepka ponownie będzie mogła mi wyskakiwać w różnych sytuacjach – wystarczy, że źle stanę albo nawet lekko nadwyrężę kolano. Co ciekawe – zwolnienie lekarskie zaproponował mi dopiero wtedy,gdy sama się o nie zapytałam informując go, że aby dostać się do pracy muszę wejść po schodach.

Oczywiście załatwienie wypisu i dokumentacji medycznej potrwało kolejną godzinę…

A powrót do domu? Szpital zaproponował transport medyczny najwcześniej o 6 rano (a było przed 2 w nocy) albo wezwanie sobie taksówki. I za przeproszeniem chuj, że z taksówki do domu miałabym się chyba doczołgać, bo przecież nie wypożyczają tam ani wózków, ani kul, a ja nie mogłam chodzić (ani nawet skakać na jednej nodze). Próbowałam nawet ogarniać prywatną karetkę, ale jak na złość we wszystkich miejscach, do których się dodzwoniłam karetki były w trasach… Gdyby nie moi szefowie to do domu wróciłabym po 20 h pobytu w szpitalu, a tak spędziłam tam jedynie 16 h… I to jako pacjent przywieziony karetką w ciężkim stanie (a dwa lata temu narzekałam, że spędziłam w szpitalu 3 h jadąc tam we własnym zakresie…)

Meldunek z domowego frontu

Żyję. I leżę, leżę, leżę. We wtorek rano próbowałam wstać do toalety i znowu strzeliło mi coś w kolanie. Gdyby nie eM (bo narzeczony dalej był w delegacji) to nie wiem jakbym sobie ze wszystkim poradziła. Dopiero dzisiaj zaczęłam czuć się odrobinę lepiej, ale i tak sama nie jestem w stanie w ogóle wstać z łóżka, nawet o kulach. Kiedy M. jest w pracy, a eM w szkole to po prostu leżę i gapię się w sufit. W dodatku dzieć odstąpił mi swój pokój, bo ma najtwardsze łóżko i tylko tam mogę sama z pozycji leżącej podnieść się do pozycji siedzącej albo lekko zsunąć się z łóżka, żeby załatwić potrzeby fizjologiczne (sorry za szczegóły, ale nie będę rzygać tęczą, kiedy jest bardzo źle).

I pomyśleć, że kilka dni temu narzekałam na swoje życie, a dziś sama nie mogę nawet skorzystać z toalety, do której mam raptem kilka kroków… Niezła lekcja od życia, nie ma co…

W związku z tym, że kolano mam póki co niemal całkowicie bezwładne to nawet chodzenie o kulach jest dla mnie sporym problemem. Dlatego czekam aż dojedzie wypożyczony wózek inwalidzki i dopiero wtedy będziemy mogli pojechać po ortezę, wybrać się do ortopedy po skierowanie, zrobimy rezonans i po ustaleniu szczegółów dot. operacji będziemy szukać miejsca, w którym zaproponują mi jak najszybszy termin. Trochę mnie to wszystko przeraża, zwłaszcza myśl o kosztach…

Ponoć co mnie nie zabije, to mnie wzmocni… Zobaczymy, a póki co żartuję, że sprawdzam mojego jeszcze-nie-męża, czy faktycznie wytrwa przy mnie w nieszczęściu i chorobie, i to jeszcze przed złożeniem przysięgi małżeńskiej.

Tak więc trzymajcie za nas kciuki, a jak następnym razem będę narzekać na bzdury to kopnijcie mnie w tyłek i przypomnijcie mi grudzień 2018… :P

Podobało się? Podaj dalej: