#10yearschallenge

Na instagramie i facebooku wszyscy wrzucają swoje zdjęcia w ramach #10yearschallenge i przyznam szczerze, że i ja początkowo miałam taki plan. Tyle, że później okazało się, że nie jestem w stanie patrzeć na swoje brwi z roku 2009, a zdjęć z roku 2019 jeszcze nie mam, bo siedząc w domu na zwolnieniu lekarskim wyglądam tragicznie… 

Tak się jednak złożyło, że do pisemnego podsumowania ostatnich 10 lat zainspirowała mnie Pani Miniaturowa, która na swoim blogu opisała zmiany, jakie zaszły w jej życiu i stwierdziłam, że ja też chcę zafundować sobie małą wycieczkę przez minioną dekadę.

#10yearschallenge – 2009

W 2009 roku byłam ambitną 20-latką, która była pewna, że świat stoi przed nią otworem. Oczywiste było dla mnie to, że za kilka lat skończę studia, znajdę zajebistą pracę i ułożę sobie życie – mąż, dzieci i te sprawy…

Stan faktyczny był jednak daleki od tego – dopiero zaczynałam swoją przygodę ze studiami (wraz z rokiem 2009 powitałam swoją pierwszą sesję egzaminacyjną na zarządzaniu) i musiałam pogodzić się z tym, że eM wyfruwa z gniazda… prosto do grupy 3-latków w przedszkolu. To wtedy nauczyłam się funkcjonowania w stanie wiecznego niedospania oraz radzenia sobie z pogardliwymi spojrzeniami współpasażerów w komunikacji miejskiej (przed 6 rano raczej nie widywałam w autobusach innych matek z małymi dziećmi).

Zapewne znajdą się wśród Was nieliczne osoby, które pamiętają też, że w roku 2009 opublikowałam tutaj swój pierwszy wpis. Piszę tutaj, bo w archiwum znajdziecie wszystkie moje notki z tamtego okresu, ale de facto startowałam na Onecie jako “Mama Ka i Synuś eM”.

#10yearschallenge – 2010

W 2010 sporo się u mnie zadziało…

Przede wszystkim – był to rok, kiedy ważyłam najmniej w swoim dorosłym życiu i tym samym – najlepiej się czułam. W wieku 21 lat znowu zaczęłam wychodzić do ludzi i podejmowałam pierwsze nieśmiałe próby znalezienia swojego księcia z bajki. W końcu doszłam jednak do wniosku, że nie jestem na to jeszcze gotowa – w moim życiu działo się wystarczająco dużo: studia, dziecko, blog, praca…

A skoro już o pracy mowa – w 2010 roku moje praktyki studenckie przerodziły się w pierwszą pracę. Przygoda trwała krótko, bo ostatecznie i na to zabrakło mi czasu (studiowałam dziennie), ale ta rezygnacja z dalszej współpracy to chyba jedna z niewielu rzeczy, których w swoim życiu żałuję do dziś… Nie każdy będąc w moim wieku miał szansę ścisnąć dłoń prezesowi międzynarodowej korporacji, porozmawiać z nim o swoich pasjach i marzeniach, a potem… odrzucić ofertę pracy.

#10yearschallenge – 2011

Rok 2011 stał się początkiem końca – właśnie wtedy zaczęły się moje problemy ze studiami (giń i przepadnij, ekonometrio!) oraz pojawiły się pierwsze myśli dotyczące rezygnacji z dalszego kształcenia. Moje samopoczucie też nie sprzyjało wkuwaniu do egzaminów… A to dlatego, że w tamtym okresie nasza sytuacja finansowa była gorzej niż zła.

Nie ma jednak tego złego, co na dobre by nie wyszło – zebrało się kilkadziesiąt wspaniałych osób, które wyciągnęły do mnie rękę i pomogły utrzymać się na powierzchni. Dzięki ich bezinteresownej pomocy udało nam się stanąć na nogi, a ja na nowo odzyskałam wiarę w ludzi. Wtedy też obiecałam sobie, że sukcesywnie zacznę spłacać swój dług pomagając innym i do dzisiaj się tego trzymam.

W 2011 roku po raz pierwszy w życiu odwiedziłam Warszawę i chociaż to miasto zrobiło na mnie ogromne wrażenie, to jednak nie zapałałam do niego miłością. Kto by wtedy pomyślał, że kilka lat później przeniesiemy się tam na stałe!

W stolicy po raz pierwszy w życiu miałam okazję zobaczyć na żywo celebrytów oraz paparazzi w akcji i wierzcie lub nie, ale od tamtej pory uważam, że pozowanie na ściankach to jednak ciężki kawałek chleba…

Z Warszawy przenieśmy się jednak do Poznania, bo właśnie tam odbyła się moja pierwsza w życiu metamorfoza wizerunku. Czego mnie to nauczyło? Ano tego, że w blondzie jest mi najlepiej… A tak na serio – zdałam sobie sprawę z tego, że modeling to nie moja bajka. Nie mam do tego ani cierpliwości, ani wystarczającej pewności siebie.

2011

#10yearschallenge – 2012

W 2012 roku zaczęłam swoją wspinaczkę na szczyt. Zaczęło się od wygranej w plebiscycie “Szukamy Super Mamy” na szczeblu wojewódzkim, a skończyło na coraz lepiej prosperującym blogu, który pozwalał na bieżąco łatać dziury w domowym budżecie (po raz pierwszy zamykając rok z czterocyfrowym zarobkiem z bloga – przy czym mam tu na myśli wszystkie dochody łącznie, a nie stawkę za jeden wpis).

A że fortuna kołem się toczy to w 2012 roku na dobre wkręciłam się w pracę w telemarketingu, którą do dzisiaj wspominam z łezką w oku. Raz, że pomogła mi ona uporać się z moją chorobliwą nieśmiałością, a dwa – skutecznie uodporniła mnie na krytykę z ust osób, które mnie w ogóle nie znają. Właśnie tego było mi trzeba, aby w końcu dorosnąć!

#10yearschallenge – 2013

W 2013 roku eM powędrował do szkoły, a ja… doszłam do wniosku, że chociaż mój blog przynosi mi coraz większe dochody, to jednak nie chcę iść tą drogą. Dbanie o statystyki, pisanie na akord – to nigdy nie była moja bajka. Źle czułam się z myślą, że gonią mnie terminy i w pewnym momencie zorientowałam, że pisanie przestało sprawiać mi radość. Wtedy też powiedziałam “nie” dalszej komercjalizacji bloga i uznałam, że wystarczy, aby sam zarabiał na swoje utrzymanie i tyle.

Poza tym w 2013 ruszył mój najdłuższy cykl blogowy ever, a mianowicie – “Miesiąc w obiektywie”. Właśnie to zmotywowało mnie do pracy nad jakością robionych przeze mnie zdjęć.

A skoro mowa już o zdjęciach… Kto pamięta moją metamorfozę z 2013 roku?

#10yearschallenge – 2014

W 2014 roku zaczęłam pracę w bezpośredniej obsłudze klienta. To był moment, kiedy moje blogowanie przeszło kolejną ciężką próbę i przez kilka tygodni zastanawiałam się co dalej. W końcu jednak uznałam, że żadna praca nie jest warta rezygnacji z miejsca, które tworzę od ponad pięciu lat i postanowiłam wziąć się w garść.

Zaryzykowałam i… opłaciło się, bo ostatecznie koleżanka wycofała się z pomysłu grożenia mi pozwem sądowym za zacytowanie jej na blogu (oczywiście anonimowo, bo nigdy nie miałam w zwyczaju udostępniać publicznie ani danych, ani wizerunku innych osób bez ich zgody) i stwierdzenie, że brakuje jej empatii.

#10yearschallenge – 2015

Do roku 2015 mam przeogromny sentyment…

Pod względem towarzyskim był to dla mnie najcudowniejszy rok w moim życiu – nawet nie jestem w stanie zliczyć godzin przegadanych z moimi przyjaciółkami. Wydawało mi się wtedy, że lepiej być nie może – miałam wokół siebie wspaniałych ludzi, masę wolnego czasu i zarażałam optymizmem.

Szybko się jednak przekonałam, że naiwność zbyt często mylona jest z zaufaniem, a główną rolę w durnym tasiemcu można dostać nawet bez udziału w castingu… To właśnie w 2015 roku dowiedziałam się jak to jest być tą drugą, która niszczy wieloletni związek. Zdrada to nie moja bajka, więc odchorowanie tej znajomości zajęło mi kilka dobrych tygodni…

I właśnie wtedy w moim życiu pojawił się M. – trochę rzucony na głęboką wodę, bo jednak najpierw byłam świeżo po zranieniu przez kogoś, komu ufałam, a trzy miesiące później znowu trzeba było mnie pocieszać, kiedy straciłam pracę i jedyne źródło utrzymania… No i nie zapominajmy, że od początku byliśmy w związku na odległość, co samo w sobie nie było łatwym doświadczeniem.

Poza tym w 2015 roku, po prawie 6 latach pisania w blogosferze jako Mama Ka, uznałam w końcu, że strasznie mnie ta “mama” ogranicza i w ten oto sposób blog ewoluował we Front Domowy (już na własnej domenie i hostingu). Wtedy też w ramach pewnej akcji opublikowałam na blogu wpis tym, jak skutecznie popełnić samobójstwo i… muszę przyznać, że sporo namieszał on w moim życiu. Każdego roku odzywa się do mnie kilka osób, które potrzebują się przed kimś wygadać. Zdarza się, że w środku nocy godzinami wymieniam z takimi osobami maile, byleby tylko przekonać je, aby dały sobie drugą szansę i skontaktowały się z telefonem zaufania.

#10yearschallenge – 2016

Rok 2016 powitałam bez pracy, bez oszczędności i bez planów na to, co będzie dalej.

W końcu jednak znalazłam pracę, w której nauczyłam się, że mogę więcej niż bym się tego kiedykolwiek spodziewała. Poza tym zamieszkałam razem z M. w Toruniu, a kontuzja stawu skokowego, która unieruchomiła mnie na kilka tygodni – nauczyła mnie pokory.

Byłam święcie przekonana, że doczekałam się wreszcie upragnionej stabilizacji…

#10yearschallenge – 2017

… a wtedy przyszedł rok 2017, który przyniósł ze sobą zmiany. Jeszcze w styczniu nikomu z nas nie śniła się przeprowadzka, a  pół roku później wynajmowaliśmy już trzypokojowe mieszkanie w Warszawie, eM zapisany był do nowej szkoły, a ja zaczęłam pracę w nowym miejscu. Poza tym na moim palcu pojawił się pierścionek, a w domu – nasz kot zaręczynowy.

Żeby jednak nie było zbyt kolorowo – w moim życiu nagle pojawiła się przytłaczająca samotność, która na dobre zdeterminowała moje życie…

#10yearschallenge – 2018

… i tak ciągnęła się za mną ta pustka przez cały rok 2018. Ze zdziwieniem odkryłam, że da się funkcjonować bez spotkań ze znajomymi, chociaż jakość takiego życia pozostawiała wiele do życzenia.

A że “każdemu, kto ma, będzie dodane, a temu, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma”, to przyszedł taki dzień, kiedy kolejna kontuzja zamknęła mnie na kilka tygodni w domu. I wtedy to już zupełnie przestałam widywać innych ludzi (z wyjątkiem wizyt u lekarzy raz na 1,5-2 tygodnie)… Bogu dzięki za drugiego kota, bo inaczej umarłabym z nudów!

W pewnym sensie wyszło mi to jednak na dobre – w tym trudnym czasie przekonałam się, że na moich chłopaków mogę zawsze liczyć, a i miałam dużo czasu na zrobienie rachunku sumienia…

#10yearschallenge – 2019

… i tak oto jestem  w roku 2019. Z dnia na dzień stałam się spokojniejsza, zaczęłam znowu patrzeć na świat przez różowe okulary i nauczyłam się odpuszczać – sobie i innym. Wiem, że stwierdzenie “nowy rok, nowa ja” jest banalne i że mamy dopiero drugą połowę stycznia, ale ja już czuję, że ten rok będzie dla mnie łaskawy.

P.S. A co mi tam… Łapcie moje instagramowe #10yearschallenge i bądźcie łaskawi dla moich brwi! :)